Wystawa jest dialogiem dwóch artystów, którzy – na przekór złej prasie, jaką cieszy się ostatnio przyszłość – nie gaszą w sobie futurystycznego ducha.
Radim Koros pochodzi z Czech, Kornel Janczy z Limanowej. Obaj mieszkają i pracują w Krakowie, mieście znanym z zamiłowania do odurzania się oparami przeszłości. Mimo to – a może właśnie dlatego – artyści są bardziej zainteresowani pejzażem, który otwiera się za horyzontem dnia dzisiejszego, niż oglądaniem się za siebie.
Współczesne wyobrażenie przyszłości pogrążone jest w cieniu dyskursu polikryzysu. Katastrofa klimatyczna, perspektywa technofeudalistycznej dystopii, widmo wojny – scenariusze jutra, które dziś animują zbiorową wyobraźnię, mają różne fabuły, ale wspólny mianownik: podszyte są lękiem.
Przyszłość nie jest tym, czym była kiedyś, w czasach nowoczesności, w których rymowała się z pojęciem postępu i kojarzyła z podróżą w stronę lepszego jutra.

W cieniu obaw przed przyszłością pojawia się pokusa odwracania od niej wzroku. W polityce przybiera ona postać zwrotu konserwatywnego i retrotopijnych fantazji. W duchowości znajduje wyraz w rosnącej popularności ezoteryki. W epistemologii jej symptomem jest załamywanie się społecznego zaufania do nauki. A w malarstwie symptomów zjawiska dopatrywać się można w zombie-figuracji, nowej fali symbolizmu i realizmu magicznego.
Dystans do przyszłości jest emocjonalnie zrozumiały, nie zmienia to jednak faktu, że – na dobre lub złe – jutro i tak nadchodzi. Jeszcze bardziej niż narracji, które oferują schronienie przed obawami w świecie eskapistycznych fantazmatów, potrzebujemy ucieczki do przodu, ponownego oswojenia czasu przyszłego. W tej pracy pomocna okazuje się wrażliwość futurystyczna, w świetle której można oglądać praktyki artystyczne Kornela Janczego i Radima Korosa.

Kornel łączy konceptualną elegancję (i przewrotność) w operowaniu abstrakcyjnymi pojęciami z malarską wrażliwością na kolor i architektonicznym zmysłem trójwymiarowej formy. Idąc śladem jego inspiracji, trafimy na trop minimalizmu i konstruktywizmu, ale również na dziedziny astronomii, fizyki, meteorologii i kartografii. W szczególny sposób interesuje go zagadnienie skali, pojętej jako miara, której używamy do konceptualizacji przestrzeni i zachodzących w niej zjawisk. Bohaterami prac artysty bywają komety, masy powietrza wypełniające „puste miejsce w krajobrazie” czy zachody słońca. Ulubionym sposobem ich przedstawiania jest jednak w praktyce Kornela nie tyle tworzenie wizerunków, ile budowanie (post)malarskich modeli zarówno ziemskich, jak i kosmicznych fenomenów.
Radim tworzy z rozmachem, w którym dosłuchać się można echa action painting. Wśród sojuszników sekundujących mu w procesie twórczym ważne miejsce zajmuje intuicja, wrażliwość na logikę i fizykę koloru oraz farby, która podpowiada twórcy kolejne malarskie posunięcia, prowadzące do przemiany obrazu w autonomiczny kosmos. Równie ważnymi partnerami w tym procesie są jednak maszyny, algorytmy i protokoły sztucznej inteligencji. Radim prowadzi z nimi transhumanistyczny dialog, którego tematem jest przekroczenie horyzontu teraźniejszości – zarówno w sensie malarskim, jak i egzystencjalnym.

Kornel Janczy i Radim Koros to dwaj bardzo różni artyści. Pierwszy znany jest z formalnej precyzji i oszczędnego gestu, drugi – z żywiołowej ekspresji. Wychodząc z dwóch różnych artystycznych założeń, spotykają się na wystawie, którą aranżują jako wspólną scenograficzną metainstalację zbudowaną ze swoich prac. Ta gęsta od kosmologicznych motywów scenografia mogłaby posłużyć jako tło do narracji utrzymanej w poetyce futurystycznej science fiction. Nieprzypadkowo ten par excellence modernistyczny gatunek największą popularnością cieszył się w czasach, kiedy ludzie oczekiwali przyszłości raczej z ciekawością niż z lękiem.
Przyszłość jest terytorium, którego odzyskiwanie zaczyna się od pracy wyobraźni. Do zobaczenia jutro!
Stach Szabłowski








